Odczuwam presję – powiedziała. I to mnie zatrzymało. Bo kiedy odczuwamy presję? Czy aby na pewno wtedy, gdy ktoś coś nam narzuca, czegoś od nas oczekuje? Gdy czujemy, że powinniśmy spełnić czyjeś wymagania? Czy to jest o tej drugiej stronie, która wkracza w naszą życiową przestrzeń? Czy to jest o „tyn kimś”, kto przekracza nasze granice?
A może od początku do końca to jest o mnie?
Może to nie ktoś wywiera na mnie presję, a ja sama sobie to robię? To ja decyduję, że wezmę udział, w czymś, z czym nie do końca mi po drodze. To ja się zgadzam głośno z czyimś zdaniem, choć wewnątrz wszystko krzyczy, by tego nie robić. To ja rezygnuję ze spokoju na rzecz kolejnego hałasu. To ja uznaję, że coś powinnam, że wypada, że tak należy, chociaż marzę o czymś całkowicie innym.
Kiedy więc powiedziała, że odczuwa presję, zatrzymałam się. W pierwszej chwili sama ją odczułam. Że nie powinnam była w taki sposób komunikować swoich potrzeb. Ż e powinnam zadbać o jej dobrostan. Wzięłam na ułamek sekundy jej bagaż na woje barki. Odczulam jego ciężar i zrzuciłam z siebie. Doszło do zapętlenia. Odczułam presję zadbania o czyjś dobrostan pod presją słów o cudzej presji. Czy to było jej intencją. Z pewnością nie. A ja ochoczo i dobrowolnie podniosłam z ziemi ten ciężar. Na chwilę, ale jednak.
Kiedy powiedziała, że odczuwa presję, dobrowolnie zamieniła potrzebę, jaką zakomunikowałam, w swoją odpowiedzialność, Że wymagam, że oczekuję, że dokładam jej kolejną cegiełkę do targania. Niesie tych cegiełek sporo. W dobrej wierze. Z potrzeby serca. W zgodzie ze swoim talentem. A jednak… A jednak czai się za plecami presja.
Że nie jest wystarczająca? Że komuś nie dorównuje? Że nie spełnia oczekiwań? Że za mało, za wolno, za rzadko? Każdy ma swoje źródełko powodów. Żeby tak wiecznie żywe było źródełko akceptacji, jak żywe jest źródełko presji…
O czym to jest? Czy o tym, że mnie nie słyszała? Tego, że nie mówię: daj, bo chcę, a potrzebuję, by było mi komfortowo. N a czym polega różnica? Na tym, że nie mówię o tym, co mi się należy i co ktoś ma zrobić, a o tym, w jakiej relacji chcę być. Ta druga strona nie ma żadnego obowiązku spełnić moich potrzeb. Nie wywieram presji, mówiąc, ze potrzebuję czegoś. To jest o mnie. Druga strona może się do nich przychylić lub nie. Jeśli bierze to sobie na garb pod postacią presji, to nie jest o mnie, a o o niej.
Co ja mogę, gdy moje potrzeby nie zostaną wysłuchane? Mogę wyjść z relacji. Bez awantury, poczucia krzywdy, żalu, skarg. Bez wchodzenia w rolę ofiary. Po prostu w dbałości o siebie. Bez poczucia presji, że powinnam znosić relację, w której nie słucha się moich potrzeb.
To nie jest o tej, która powiedziała: odczuwam presję. To nie ona, nie ta jedna, konkretna osoba powiedziała. To powiedziała cząstka w każdej z nas. Ta cząstka, która – bez powołania przez niezależny urząd – samowolnie objęła stanowisko odpowiedzialności za wszystko i wszystkich. Ten ratownik, który musi koniecznie – bez prośby osób zainteresowanych – pomóc, naprawić, ulepszyć. I – jakby mało było – ratownik, który szybciutko porzuca swoją rolę i wskakuje w rolę ofiary, bo nie odebrał medalu za ocalenie świata. Świata, który wcale ocalonym być nie chciał.
Co zrobić z tą cząstką, która ratuje i użala się nad sobą? Zatrzymaj się. Zatrzymaj się, jako i ja się zatrzymałam. I zadaj sobie pytanie: co Ci to mówi o sobie? Jaką presję wywierasz na sobie? Nie na innych. Na sobie. Uważasz, że co powinnaś? Wobec kogo masz wyimaginowane długi? Jakie zadania stawiasz przed sobą? Gdzież jest poprzeczka, którą sobie ustawiasz? I – co najważniejsze – co stoi za tym wszystkim? Jaka potrzeba? Co masz niezaspokojonego? Potrzebę uznania, miłości, akceptacji, bycia docenionym?
Czy nie ma innego sposobu zaspokojenia swoich potrzeb jak tylko ściganie się z iluzją? Że ktoś jest lepszy, że tylko tak zostanę zauważona/-y, że tylko wtedy mnie pokochają, utulą, zaakceptują?
Gdy mówisz: odczuwam presję, zastanów się, czego (i dlaczego) od siebie wymagasz. I czy aby na pewno jest Ci to potrzebne do szczęścia…
